17 września 2011

Życie jest opowieścią. A opowieści są wieczne - Eduardo Mendoza "Niewinność zagubiona w deszczu”


"Niewinność zagubiona w deszczu" to tego rodzaju lektura, przy której intuicyjnie wyczuwamy, że mamy do czynienia z wielkim pisarstwem, ale nie bardzo umiemy podać powody, wedle których jest ono wielkie.

Bo czy naprawdę chodzi tutaj o uwiedzenie zakonnicy przez rozpustnego, chytrego dziedzica? Czy chodzi tylko o samą akcję (za którą podążałam zachłannie w ciągu jednego, niedzielnego popołudnia)? I... dobrze: przyznam się Wam do tego: napaliłam się na rozbuchane sceny erotyczne. Zrobił mnie Mendoza w konia i bynajmniej nie zawiódł, ale wywołał śmiech najszczerszy z tych moich oczekiwań głupich!

O akcji nieco dokładniej: młoda, ambitna siostra Consuelo, mianowana nową przeoryszą wspólnoty zakonnej w San Ubaldo de Bassora, prowincji Barcelony, pragnie pozyskać środki na przekształcenie starego szpitala w ośrodek opieki społecznej. W tym celu przybywa do posiadłości Augusto Aixelà de Collbató, potomka starego rodu posiadaczy ziemskich o znacznym majątku, mieszkańcom znanego z rozwiązłości. Spotkania te zapoczątkują lawinę zdarzeń, na którą nałożą się jeszcze inne okoliczności. Okoliczności wcale nie łagodzące, a zaogniające akcję. Bo w górach akurat grasuje mściwy rozbójnik ze swoją bandą. A służby meteorologiczne zapowiadają bardzo gwałtowną wichurę... 

W czasie czytania trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że ta opowiastka jest tylko pretekstem do wyrażenia czegoś innego. Czytelnik, który od akcji będzie oczekiwał zbyt wiele, może się zawieść. Najciekawsze ukrywa się pod osnową zdarzeń: w sercach bohaterów, a może tylko w jednym, które wyjawi nam swoją historię.

Urocza jest konfrontacja barwnej wyobraźni z rzeczywistością zwyczajną i nikogo nie dziwiącą. Urzekająca  ta ludzka skłonność do nadinterpretacji pewnych zdarzeń, wyolbrzymiania ich, ubarwiania. Może niektórzy uznają ją za śmieszną, a przez autora – ośmieszoną, ale ja odebrałam ją jako uroczą właśnie. Bo mimo kpiarstwa autora – z konwencji melodramatycznej, sentymentalnej, słodkiej, ckliwej – dostrzegłam w  opowiadaniu coś jeszcze, co nawet trochę wzrusza.

Jest to książka o tworzeniu opowieści – z własnej, indywidualnej perspektywy (nawet jeśli miała by być ona wyświechtana i banalna). Opowieści pięknej, atrakcyjnej, pełnej zwrotów akcji i niespełnienia. O tęsknocie za próbą wpisania się w odwieczne narracje, bo one są tym, co trwa; pozostałością pozbawioną niedoskonałości. To także książka o pragnieniu bycia bohaterem (wszak każda opowieść ma bohatera): człowiekiem w środku świata, co normalnie obojętny i niewzruszony kręci się tylko wokół własnej osi...

I może jeszcze „Niewinność...” to książka o nas, czytelnikach i naszych oczekiwaniach – czasem przesadzonych. O naszym nastawieniu do lektury. O tym, jak czasami zapominamy, że, aby książka była dobra, nie może być zbyt nieprawdopodobna. Aby była wartościowa, czasem musi być po prostu – zwyczajna. Bo życie też jest raczej zwyczajne. Nie tak powieściowe, jakbyśmy pragnęli.

Nie wiem, jak Wy, ale ja pragnę więcej Mendozy. Bo było to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością. Polecicie coś szczególnego?

Eduardo Mendoza, Niewinność zgubiona w deszczu, tłum. Zofia Wasitowa, wyd. Znak literanova, Kraków 2011.

wydawnictwo: Znak literanova
tytuł oryginału: El ano del diluvio
język oryginału: hiszpański
okładka: twarda (zresztą prześliczna)
ilość stron: 136
moja ocena: 5/6
skąd: wygrywajka na fb w konkursie magazynu "Bluszcz" :)

7 września 2011

„Zaszedłszy w las istnienia”[1] – Erlend Loe „Doppler“

Bohater tej książki, jak już kiedyś ktoś napisał, w życia wędrówce na połowie czasu, straciwszy z oczu ślad niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazł się lasu. Tylko on się tam znalazł z własnej, nieprzymuszonej woli. Właściwie to się tam przeprowadził. Zamieszkał...

Wszystko przez ten upadek z roweru pewnego wiosennego dnia – w lesie właśnie. Po nim już nic nie było takie same Leżąc obolały wśród wrzosów, poczuł spokój i ciszę, jakich nie doznał od lat. „Kłębowisko najróżniejszych pogmatwanych uczuć i myśli, i obowiązków, i planów gdzieś zwyczajnie zniknęło. Nagle wszystko wypełnił las”[2]. Kiedy tak leżał, myślał jeszcze o tym, że jego ojca już nie ma, że właściwie wcale go nie znał i że nie poczuł niczego szczególnego, gdy matka zawiadomiła go o jego śmierci[3].

Andreas Doppler, „nieszczęśliwy człowiek współczesny”[4], zamieszkał więc w namiocie. Żyje z wymiany towarowej, kradzieży i dobrodziejstw lasu. Zaprzyjaźnia się z młodym łosiem, który pozostał z nim po tym, jak zabił jego matkę. Od czasu do czasu schodzi do cywilizacji: odwiedza miasto, by się wymienić (wymiana handlowa musi powrócić!) albo coś pożyczyć/ ukraść. Poznaje przy tej okazji ciekawych ludzi, którzy także nie potrafią sobie poradzić z przytłaczającą rzeczywistością. Buduje totem na cześć ojca i ostentacyjnie kultywuje nicnierobienie. Krytycznie patrzy na swoje życie. Wciąż uzasadnia, dlaczego postanowił je zmienić.

"Tu na górze nie jestem narażony na innych ludzi i inni ludzie nie są narażeni na mnie. Nie dosięgnie ich mój sarkazm i moja złośliwość, a mnie ich ambicje i głupota. Moim zdaniem to dobry układ. Poza tym ćwiczę się w samotności. Uczę się z nią żyć. Jak kiedyś mój ojciec"[5].

Autor posłużył się figurą szaleńca-mędrca, który sam siebie wykluczył ze społeczeństwa. Uciekł od cywilizacji, od współczesnego świata opętanego konsumpcjonizmem i wszystkiego, co się z nim wiąże: wyścigu szczurów, owczego pędu, bezmyślnego małpowania, manii posiadania, bezkrytycznej aprobaty marnych propozycji; zgody na sterowanie ludzkim życiem.

Podobną bohaterką była Julie z „Muleum”, której wykluczenie sięgało jeszcze dalej, bo ze świata w ogóle. Erlend Loe lubi chyba takich bohaterów. Bo to mocne, wartościowe osobowości, które do nas krzyczą, że w tym szaleństwie jest metoda! I nie chodzi tu o to, by przeprowadzać się do lasu (albo, jak w przypadku Julie, pragnąć śmierci). 

Doppler po prostu usiłuje nam powiedzieć, że w życiu nie jest najważniejszy kolor posadzki w łazience, szóstka z projektu szkolnego, przyjęcia urodzinowe dzieci, zakupy w galeriach handlowych, kariera, pieniądze. Nie mogą zdominować życia. Ważna jest bliskość, zrozumienie. Spokój, cisza. „Umiejętność przekraczania granic, zamiast stania na ich straży”[6]. Odwaga do potrząśnięcia gałęzią, na której się siedzi, do podcięcia jej nawet[7]. Do przekraczania siebie, otwierania się na nieznane. Wypełnianie własnej wewnętrznej pustki...[8].

Mówi coś podobnego do tego, co Rainer Maria Rilke napisał wierszem:

Kimkolwiek jesteś : wyjdź dziś wieczorem
z twego pokoju, w którym wszystko znasz; 
najbliższy dla oddali jest twój dom:
kimkolwiek jesteś. 
Oczami zmęczonymi, które ledwie
uwalniają się od starego progu,
podnosisz z wolna stare drzewo
i stawiasz je samotne, smukłe na tle nieba.
I uczyniłeś świat. I ten jest wielki
i jak słowo, co jeszcze w milczeniu dojrzewa.
I w miarę jak sens jego obejmujesz, 
oczy twe czule odłączają się od niego...

[tłum. M. Jastrun]
...............................

Zdaje się mówić podobnie jak Rilke - lecz oczywiście nie tak dostojnie. Mówi zwyczajnie. Prosto z mostu.

Specyficzny jest humor Loe. Nieoczywisty, podejrzany, kłopotliwy (chcę się roześmiać, a nie wiem, czy wypada). Absurdalny. Czasem śmiertelnie poważny. Smutkiem podszyty. Lekko i niepostrzeżenie wprawia w zaniepokojenie. Zawstydza troszkę. Bo, śmiejąc się przy tej lekturze, mam takie poczucie, że – jak już kiedyś ktoś napisał – z siebie samej się śmieję. Ale jest i śmiech szczery, nieunikniony. Nie obejdzie się bez niego podczas tych wszystkich konfrontacji oryginalnego bohatera z tak zwaną normalną rzeczywistością.

Doppler powiedziałby, że jestem „obrzydliwie ambitna”, gdy tak się staram o nim pisać i pisać.  Od ambicji trzeba się trzymać z daleka. Dlatego już kończę. Na szczęście tuż za płotem mam las. Więc, gdyby długo mnie nie było, wiecie, gdzie mnie szukać. 

Erlend Loe, Doppler, tłum. Milena Skoczko, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2006.

[1] – M. Jastrun, Jedno życie
[2] - Erlend Loe, Doppler, jw., s. 20
[3] – jw., s. 24
[4] – jw., s. 114
[5] – jw., s.35
[6] – jw., s. 117
[7] – jw., s. 124
[8] – por. jw., s. 131.

wydawnictwo: słowo/obraz terytoria, seria: Terytoria Skandynawii
tytuł oryginału: Doppler
język oryginału: norweski
okładka: broszurowa klejona
ilość stron: 140
moja ocena: 5/6
skąd: egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa słowo-obraz/ terytoria.